To będzie mój pierwszy, samodzielny wyjazd po wielu lockdownach i izolacji. Siedzieliśmy zamknięci w domu, zwiedzając świat jedynie palcem na mapie. Szukałam jakichś pozytywów, wspaniałych znaków, które by wskazywały, że jeszcze kiedyś będzie normalnie. Tymczasem tajemniczy wróg niweczył nasze plany. Marzenia wyblakły, nadzieje wypalały się. Wiara w to, że w życiu zdarzy się jeszcze wspaniała podróż – zmalała niemal do zera. Tak więc do końca nie byłam pewna jaki obrać tym razem kierunek mojej wędrówki. Chyba któregoś dnia zaczarowały mnie fotografie Sahary. Coś innego, bo zwykle była to jakaś góra. Całe Maroko wyglądało na nich jak kraina z baśni.
Lot do Marakeszu trochę niespokojny. Już z okien samolotu widzę, jak kraj ten różni się od Polski. Duże, płaskie pola pokrywa jasny piach. Absurdalnie pomyślałam, że to śnieg. Między nimi prostokąty zieleni i czasem jakiś dom z kamienia. Bliżej samego Marakeszu robi się bardziej zielono i można zobaczyć plantacje palm daktylowych, czy drzew cytrusowych. I te surowe, majestatyczne góry. Nie mogę się doczekać kiedy wysiądę.
Po 2 godzinach leżę sobie w małej hotelowej klitce. Za oknem wąska uliczka i beztroskie dzieciaki. Jesteśmy blisko placu Dżami al – Fana. Idę się przejść. Wąskie, ciemne uliczki tu i tam poprzecinane wpadającymi z góry promieniami światła. W tłumie ludzi mijam niezliczone stragany, małe sklepiki, w których można znaleźć dosłownie wszystko.
Po posiłku wychodzimy na miasto, które nazywane jest ,,czerwonym miastem”. Leży u podnóża Atlasu Wielkiego i jest uznawane za stolicę kulturalno – historyczną państwa. To prawdziwa eksplozja smaków, barw i orientalnych zapachów. Miasto pełne sprzeczności, w którym stykają się ogromny luksus i skrajna bieda. Berberowie – najdawniejsi mieszkańcy Maroka – żyją wraz z Arabami oraz napływającymi tu tysiącami ludzi z zachodu. Sercem Marakeszu jest wspomniany wcześniej Dżami al – Fana – słynny plac skazańców oraz umarłych. Po powrocie do hotelu ogarniam What’s upa, przykładam głowę do poduszki i już jest rano. Darmową pobudkę o 5.00 funduje mi śpiewne nawoływanie muezyna do modlitwy.
Po lunchu pakujemy się i wyjeżdżamy do wioski Imlil. Im bardziej oddalamy się od popularnych wśród turystów miejsc, tym więcej autentycznego Maroka możemy zobaczyć. Takiego, gdzie domy zupełnie odbiegają od naszego wyobrażenia na ten temat, gdzie rozpościerają się sady oliwkowe i arganowe. Chłonęłam te widoki całą sobą. Krajobraz zachwycał swoim pięknem. Malownicze i sielskie z perspektywy turysty życie, które w rzeczywistości wypełnione jest ogromem trosk i ciężkiej pracy.
Na przywitanie zostajemy ugoszczeni tradycyjną, marokańską herbatą. Potem siedzimy z naszym marokańskim przewodnikiem i popijając herbatkę rozmawiamy o życiu. Na dworze jest chłodno lecz pięknie. Te sąsiadujące ze sobą pasemka ogródków, zielone i zimne czekają, aż słońce spełźnie z gór i je ożywi. W nocy nie mogłam zasnąć. Nienawidzę tego leżenia, tego tik – tak w mózgu. Nienawidzę bezsenności.
Przed 6.00 budzi mnie muezyn o wyjątkowych umiejętnościach wokalnych. Głos wdzierał się gdzieś głęboko pod skórę. Był jak zaproszenie do zatrzymania się i oddania chwili refleksji. Po śniadaniu wyruszamy na treking wokół Imlil. Ta malutka wioska leżąca na wysokości 1800m n.p.m. jest najbardziej znaną bazą wypadową na szczyt Jebel Toubkal. To tutaj w Dolinie Mizane u podnóża Atlasu Wysokiego kończy się droga. Przygotowuję plecak i zostawiam depozyt żeby osiołki nie musiały wszystkiego ciągnąć. Chowam ginger tea do plecaka i w drogę.
Po drodze mijamy przydomowe sklepiki, kozy, barany, oraz wypożyczalnie sprzętu alpinistycznego. Szybko wchodzimy na gruntową drogę prowadzącą
do wyżej położonej wioski Aremd. To ostatnia osada leżąca na szlaku naszej wędrówki. Przepuszczamy obładowane bagażami muły. Po przekroczeniu szerokiego dna wyschniętej rzeki, ścieżka zaczyna piąć się w górę. Prowadzi skalistym zboczem doliny. Co jakiś czas mijamy punkty, w których można usiąść, odpocząć i popijając przepyszny, świeżo wyciskany sok mandarynkowy podziwiać widoki.
My po kilkugodzinnym marszu zasłużyliśmy na ciepły posiłek. Z dużą przyjemnością decydujemy się na dobrze nam już znany tadżin. W oczekiwaniu na danie zamawiamy Berber whisky, czyli gorącą miętę z domieszką miejscowych ziół, głównie tymianku. Whisky jak to whisky, szybko nas rozgrzewa i dobrze gasi pragnienie. Tadżin też nam smakuje. Najedzeni ruszamy dalej. Początkowo podejście jest dość uciążliwe, krótkimi ostrymi zakosami wspinamy się do góry, aby w końcu stanąć przy schronisku Refuge du Toubkal. Tam zostawiamy bagaże, zajmujemy miejsca i idziemy się umyć. Schronisko w standardzie raczej skromnym. Nocujemy na pryczach. Noc ciężka. Wbrew opiniom z Internetu, każącym nastawić się na chłód, w wieloosobowej sali (16 osób) jest koszmarnie ciepło i duszno.
Z płytkiego snu wyrywają mnie pierwsi wstający. Zakładamy czołówki i rozpoczyna się wspinaczka – częściowo po śniegu, częściowo po piargach. Idziemy powoli, bo na więcej nie pozwala zmęczenie spowodowane wysokością. Później pierwsze promienie słońca oświetlają wierzchołki gór. Powoli świt ustępuje dniowi, a góry wyłaniają się z cienia. Im wyżej, tym bardziej sił ubywa. Trasa na szczyt nie jest długa, trzeba jednak pokonać blisko 1000 metrów przewyższenia. Wleczemy się więc noga za nogą przysiadając na kamieniach.
Zaczynają mi odmarzać ręce i nogi. Wkładam ogrzewacze. Czuję, że oddycha się inaczej, jednak każdy krok zbliża mnie do realizacji kolejnego marzenia. Nooo…więc tak wygląda świat z najwyższego punktu w Afryce Północnej. Udało się! Są gratulacje i sesje zdjęciowe, przy charakterystycznej metalowej
konstrukcji.
Na najwyższym szczycie Maroka i Afryki Północnej przywitało nas słońce i delikatny wiatr. Granatowo – szary Atlas Wysoki cały skąpany był w promieniach. Nasze oczy błyszczały z podziwu. Chciałoby się zostać dłużej i chłonąć te panoramy jeszcze i jeszcze…ale wiedzieliśmy, że przed nami dzisiaj sporo drogi.
Fragment mojego pamiętnika z wyprawy 🙂








