Nie da się zaprzeczyć, że góry są wyzwaniem. Szczególnie aklimatyzacja na dużej wysokości jest trudna. Trzeba przełamać strach i otworzyć nowy rozdział w górskim życiorysie. Tam zmęczenie dopada znacznie szybciej i nie ma szans na długi odpoczynek. Lubię to. Może chodzi o adrenalinę towarzyszącą podróżom Ryzyko? A może jednak to same góry przyciągają mnie swoją mocą. Rosną w moim wnętrzu. Wprowadzają w stan oczekiwania, zniewalają pięknem i zagrożeniem. Podróże pozwalają mi szerzej patrzeć na świat, odetchnąć i nabrać dystansu. Poznawanie nowych miejsc, kultur, tradycji, zwyczajów, ludzi to naprawdę niezapomniane wrażenia.
JUMBO, JUMBO!

Machame Gate – stąd zaczynamy

Zmierzamy w kierunku bramy Machame. Pniemy się w górę coraz wyżej. Około południa docieramy pod bramę. Stąd zaczynamy wyprawę. Musimy wypakować bagaże. Na wejściu do parku stoją wagi. Każda torba jest ważona. Jeśli przekroczy dopuszczalny limit 20 kilo, tragarz nie wejdzie na teren parku. Kiedyś byli zmuszani do noszenia nawet 40kg ładunków, co wiązało się z częstymi zgonami na trasie. Do obozu na wysokości 2835m n.p.m. przychodzimy, kiedy jest całkiem ciemno. Dość mocno pada, co nie ułatwia zakwaterowania w namiotach rozbitych wcześniej przez naszych wspaniałych tragarzy. Rozkładamy karimaty i śpiwory. Wyciągamy niezbędne rzeczy. Około 24.00 wstaję do toalety. Otwieram namiot i widzę jasne, rozgwieżdżone niebo. Niekończąca się ilość srebrzystych punkcików. Dosłownie na wyciągnięcie ręki, jak w planetarium. Nie mogę uwierzyć własnym oczom! Z dala od miast i ludzi, w absolutnej ciszy, mam poczucie, jakbym cofnęła się do początków świata bez cywilizacji. Oprócz niesamowitych doznań estetycznych, czuję też przeszywające zimno.
Pobudka o 6.00 blisko równika
O brzasku, kiedy niebo nad Kilimanjaro nie zdążyło jeszcze przyblednąć, usłyszałam rozpinanie zamka i zobaczyłam wyciągniętą czarną dłoń z kubkiem herbaty ginger tea. Działa przeciwwymiotnie oraz przeciwzapalnie. Rozgrzewam się błyskawicznie i przygotowuję do wyjścia. Porterzy dopytują z troską: ,,How are you?” Nastroje ciągle pozytywne. Po śniadaniu zabieramy małe plecaczki i ruszamy ,,pole, pole”. Tragarze zwijają obóz i też wychodzą, aby wkrótce wyprzedzić nas sprawnie na jednej z wąskich ścieżek, niosąc bagaż na głowie lub plecach. Niemalże przepływają przez dżunglę, skacząc po skałach niczym kozice. W ich oczach musimy chyba wyglądać śmiesznie z tymi kijkami i miniaturowymi plecaczkami. Ich siła i sprawność imponują nam.
Pojawiają się ostre skały i głazy. Jest stromo. Pierwsze trzy godziny wędrówki to wspinanie się po kamieniach i stopniach. Często zatrzymujemy się na wypicie wody. Aklimatyzacji nie należy lekceważyć. Serce rwie się do przodu, ale drogę trzeba pokonać spokojnie. Około 14.00, kiedy dochodzimy do drugiego obozu, Shira Cave Camp 3756m n.p.m. – u niektórych zaczynają się pierwsze dolegliwości. Po raz pierwszy widać Kili dość wyraźnie. Oczy mam pełne łez. Szczyt błyszczy na tle błękitnego nieba. W języku suahili ,,Kilimanjaro” znaczy iskrząca się góra.

Shira Cave Camp na 3756m n.p.m.
Barabara – to znaczy droga
Wyruszamy powoli, patrząc na tragarzy, którzy śmigają jak kozice, niosąc na głowach cały majdan. Dzisiaj wychodzimy na przełęcz Lava Tower (4600m n.p.m.), aby odbyć krótką aklimatyzację i zejść do niższego obozu. Po odpoczynku schodzimy ostro w dół, a potem szerokim zboczem usypanym z materiału odrywającego się od ściany Kibo. Gruby żwir i kamienie osypują się pod nogami. Roślin jak na lekarstwo. Wejście na górę odbywa się przez wszystkie strefy roślinne i klimatyczne: las tropikalny, sawannę, wulkaniczną pustynię i pola lodowe. Pojawiają się zdrewniałe kaktusy o mięsistych liściach na szczycie zwane Sinisia.

Zdrewniałe kaktusy
Coraz bliżej celu!
Przed piątą budzi mnie krzątanie porterów. Tradycyjnie dostaję herbatę imbirową. Dziś wielki dzień! A właściwie jutro rano. Wychodząc z namiotu, widzę księżyc i Kili. Majestatyczna biała czapa wznosi się nad sawanną. Budzi respekt. Wierzono, że władają na niej demony, siejąc śmierć i spustoszenie. Wielu, którzy próbowali się wspiąć na nią, nie wracało. Nie wiedziano jeszcze wtedy, jak działa na człowieka niedobór tlenu na dużej wysokości.
Jest bardzo zimno. Rozpościera się przepiękny widok na Mawenzi (5149m n.p.m.) w świetle zachodzącego słońca. Po drodze mijamy małe kopczyki. Są symbolem pragnień o zdobyciu szczytu.
Dochodzimy do Stella Point. Płaczę ze zmęczenia i szczęścia. Stąd na szczyt jest blisko, ale droga bardzo się dłuży. Słońce stoi wysoko, złocąc się między chmurami. Idziemy dłuższy czas, nic nie mówiąc. W powietrzu wyczuwa się woń pyłu wulkanicznego i przenikliwy chłód. Nie słychać niczego, prócz chrzęstu naszych kroków na żwirowej ścieżce. Boli mnie głowa i jest w tym wszystkim senny element nierealności. Jeśli przetrzymasz tę noc, mówię sobie, będzie to twoje wielkie zwycięstwo.


Fragment książki „Na dachu Afryki” – mojego pamiętnika z wyprawy do Afryki 🙂
