Przemieszczamy się w kierunku góry. Surowe domy, wysuszony krajobraz i nagle wyłania się on: ośnieżony czubek Araratu króluje nad regionem. Na niższych partiach pasą się barany, chociaż wszędzie widać tylko suchy piach. Ruszamy na szlak. Wczesnym popołudniem docieramy do obozu na około 3200m n.p.m. W powietrzu unosi się odór z latryn i końskich odchodów. Szczyt góry coraz piękniejszy. Wlewamy w siebie duże ilości herbaty. Najważniejsze tutaj to jeść, pić i sikać żeby się nie odwodnić, żeby nie chwycić choroby wysokościowej i tak wkoło.
Noc mija koszmarnie. Po ósmej wędrówce do latryny postanawiam zagospodarować butelkę i lejek. Budzę się wyczerpana, rozpaczliwie potrzebując wypoczynku. W ramach aklimatyzacji idziemy do obozu II, a wieczorem wracamy do obozu I. Marnowanie sił mogłoby się wydawać, ale tak właśnie wygląda przygotowanie organizmu do wysokości. To proces adaptacji do oddychania powietrzem z niższą zawartością tlenu. Chodzi też o to, żeby spać znacznie niżej, niż danego dnia się weszło. Wieczorem leżę w namiocie, otwieram jedną ściankę i obserwuję niebo. Rejestruję szczegóły, na które nie zwraca się uwagi – lekkie muśnięcie wiatru na twarzy, szorstki dotyk śpiwora, drobiny pyłku przylepione do dłoni. Mojej współlokatorce krew cieknie z nosa. Jakoś udaje nam się to opanować.
Budzę się o świcie, wychylam głowę z namiotu i jest pięknie. Słońce świeci, a od wschodu i zachodu otaczają mnie góry. Myję twarz wodą z butelki i piszę popijając herbatę z termosu. Potem wchodzimy w typowo wulkaniczny, bardzo kamienisty teren, aby po południu dotrzeć do bazy na wysokości około 4200m n.p.m. Zaczynam przygotowywać sprzęt na atak szczytowy. Myślę jak to będzie i po co mi to wszystko? Śmierdzę, smarkam krwią, trzęsę się z zimna. Każda najprostsza nawet czynność to skomplikowana operacja. Na kolację zupa curry i makaron. O 18.00 wchodzę do śpiwora, biorę aspirynę i czuję jak drętwieją mi palce po Diuramidzie. Pod ścianą mojego namiotu ktoś sika. Powtarza się to jeszcze kilka razy. Jakaś dziewczyna wybiega z namiotu i wymiotuje. Po 15 minutach i ja muszę iść do latryny. Biegunka, wymioty i tak kilkanaście razy. Słaniam się na nogach, mam zaburzenia równowagi, gorączkę i mdłości.
Około północy atak szczytowy. Ledwo stoję na nogach, ale podejmuję próbę wyjścia. Idę zataczając się nad przepaściami, nie mam energii. Po godzinie czuję, że muszę odpuścić. Schodzę do namiotu, a przez całą drogę lecą mi łzy. Czuję złość, smutek i rozczarowanie. Cel nie został zrealizowany. Porażka!!!Ja??? Taka niezniszczalna!!! Tracę motywację na zdobywanie Damavanda w Iranie. Całą noc walczę o przetrwanie w samotności. Przekonuję się, że w takich miejscach można liczyć tylko na siebie. O świcie zasypiam na krótko.
Budzę się z żalem, że byłam tak blisko, że szczyt był na wyciągnięcie ręki. A potem myślę o tym jak łatwo za ambicję i żądzę zdobycia szczytu przypłacić ceną życia. Zaczynam się martwić zejściem na dół. Nie mam sił. Dostaję jakiś lek od uczestników sąsiedniego obozu, dzięki któremu udaje mi się zejść na dół – do obozu I. Nie czuję się dobrze i cały czas kapią łzy. Jeszcze wczoraj mogłam przenosić góry. Dzisiaj jestem zdemotywowana. I to wszystko przez jakaś głupią…zupę! Proszę przewodnika o możliwość wyjścia w górę jeszcze raz. Nie zgadza się na to. Nie potrafię pogodzić się z porażką. Właśnie uczę się pokory i nie za bardzo mi to wychodzi. Przecież wychodziłam na trudniejsze góry!
To ostatnie momenty na Araracie. Leżę w namiocie kurcząc się z zimna. Krew cieknie mi z nosa. Potem przechadzam się po obozie i myślę co będzie z Damavandem w Iranie? Ruszamy tam już jutro. Nie czuję mocy.Mam świadomość, że ten etap wyprawy się kończy. Zapisuję go jako nowe doświadczenie w mojej karcie życia.
Fragment z mojego pamiętnika z podróży 😉










