Stoimy w długiej kolejce do odprawy paszportowej. Urzędnicy długo doktoryzują się nad naszymi wizami, ale w końcu przechodzimy. Po drodze na lotnisko zamieniamy pieniądze na irańskie riale. Dostaję gruby plik z niekończącymi się zerami. Jestem miliarderką! Potem lecimy do Teheranu, aby następnie dostać się do schroniska Irańskiej Federacji Górskiej – Himalaya. Żeby legalnie móc wejść w masyw Damavandu, musimy wykupić permit.

Rano ruszamy w górę na około 3200m n.p.m. Pnąc się powoli zakosami mijamy pasterzy ze stadami owiec. Na widnokręgu wrzyna się w niebo śniegowy wierzchołek. Echa górskie niosą nam melodyjny śpiew dzwonków. Po kilku godzinach docieramy do obozu Bargah Sevom na 4200m n.p.m. Każdy krok powoduje palpitacje serca wzmagane jeszcze widokiem tutejszych latryn. Wydawało mi się wtedy, że gorzej być nie może, ale w tym roku zmieniłam zdanie w obozie pod Kazbegiem. Z góry schodzi wyczerpana grupa Rosjan. Nie napawają optymizmem.

O 2.00 pobudka. Szybkie śniadanie i w ciemności wyruszamy na szczyt – 5610m n.p.m. Światła czołówek migoczą. Idziemy szybko, a ruch trochę rozgrzewa przemarznięte mięśnie. Przysypiam w marszu, skupiam się na wysiłku. Patrzę pod stopy nie podnosząc wzroku. Do 5 tysięcy czuję się dobrze, potem jest słabiej. Niektórzy decydują się na zejście w dół. Wieje lodowaty wiatr. Zakładam ogrzewacze do butów, łapawic i na brzuch. Ubieram drugą kurtkę. Na wysokości 5350m n.p.m. wiele skał przybiera bardzo siarkowe, zielono – żółte kolory. Do nozdrzy zaczynają dolatywać gryzące tlenki siarki, co utrudnia nabieranie oddechu. W powietrzu latają drobinki pyłku wulkanicznego. Noga za nogą zmierzam w górę, aby w końcu stanąć na szczycie Damavanda, najwyższego wulkanu Azji, następnego w mojej Koronie Wulkanów !!!

Kolejny raz zrozumiałam, że nie wolno się poddawać. Kiedy coś się nie udaje trzeba próbować nawet, gdy nikt w ciebie nie wierzy. Nawet ty sama. Nie miałam dobrej aklimatyzacji, a mimo to udało się wejść na Damavand – 5610m n.p.m.!!! Ten kto ma pasję zdobywa szczyty – nie tylko te górskie.

Fragment z mojego pamiętnika z podróży 😉