Edmunt Hillary pisał: ,,Góry upajają. Człowiek uzależniony od nich jest nie do wyleczenia. Można pokonać alkoholizm, narkomanię, słabość do leków. Fascynacji górami nie można”. Podróże pozwalają mi oderwać się od codzienności. Łatwiej nabieram dystansu, patrzę na pewne sprawy z innej perspektywy. Dlatego znów wyruszam w góry. Tym razem będzie to Pico de Orizaba w Meksyku – kolejny wulkan z mojej korony.
Po kilku dniach poznawania meksykańskiej kultury i historii ( jesteśmy tam w czasie Święta Zmarłych – Dia de los Muertos ), docieramy do Tiachichuca, gdzie znajduje się klimatyczne schronisko zaaranżowane w starej fabryce mydła. W pomieszczeniu na piętrowych łóżkach śpi kilkanaście osób. Na piętro nie wolno zabierać jedzenia z powodu gryzoni. Boję się tego bardziej niż samej wspinaczki. Na ścianach wiszą stare raki, czekany, narty, czarno – białe zdjęcia z gór. Całość ogrodzona jest murem i zamknięta wielką bramą. Nie wolno samemu wychodzić poza ten obszar.
Wieczorem właściciel budynku, nazywany Doktorem z racji wykonywanego kiedyś zawodu, zaprasza nas na szkolenie na temat zdobywania góry. To co widzę przeraża mnie. Jak zwykle nie zdawałam sobie sprawy ze stopnia trudności tej wyprawy! Pionowa ściana, liny, czekany i lodowiec. Opowiada bardzo poważnie i w skupieniu. Potem wszyscy wyciągamy swój sprzęt do przeglądu. Muszę pożyczyć raki. Są wątpliwości co do moich butów. Zostajemy poinformowani o możliwości zrezygnowania teraz. Przełykam łzy i milczę. Może z jakąś niewidzialną pomocą uda mi się wyjść?
Następnego dnia robimy pięciogodzinny trekking aklimatyzacyjny na jeden z okolicznych czterotysięczników. Jest dość wymagający. Wieczorem idę z doktorem na strych szukać raków i butów. Te ostatnie są tylko jedne. Na oko mają ze 40 lat, są skórzane i bardzo ciężkie. Zostaję przy swoich. Pożyczam wiekowe raki i długi czas uczę się je zapinać. Doktor opowiada jak dawno temu był chirurgiem, a teraz na emeryturze zajmuje się tym klimatycznym schroniskiem. W jednym z pomieszczeń dostrzegam ołtarzyk poświęcony Janowi Pawłowi II. Dowiaduję się, że nasz papież był dla niego kimś bardzo bliskim.
Rano ruszamy pod górę część trasy pokonując pieszo, a część w starych Toyotach. Początkowo idziemy pośród pół uprawnych. Monotonię spalonej żółci przełamuje od czasu do czasu zieleń kolczastej agawy. Po kilku kilometrach droga zaczyna się wyraźnie wznosić. Wchodzimy między potężne kępy traw i przepiękny las sosnowy. Wieczorem docieramy do schronu na 4400m n.p.m., w którym może nocować na drewnianych pryczach kilkadziesiąt osób. Rozmawiamy ze wspinaczami, którzy niedawno zeszli z góry. Jeden z Brytyjczyków straszy twardym lodem o nachyleniu 75 stopni. Patrzę na niego dziwnym wzrokiem, bo 75 stopni w lodzie to już niemal pion i trzeba się naprawdę solidnie powspinać z dwoma czekanami!!! W razie wypadku jest za stromo, żeby hamować czekanem – zatrzymałabym się dopiero 500 metrów niżej, na Sarcofago.
Wychodzimy około 1 w nocy. Przy czołówkach wędrujemy ścieżką w górę. Potem przemykamy się między skałami, głazami i labiryntami. Jest przeraźliwie zimno. Gdzieś wysoko nad nami, pośród gwiazd, ledwie majaczy sylwetka Pico de Orizaby, czyli Gwiaździstej Góry. Na krawędzi lodowczyka trzeba założyć raki, uprząż i wyciągnąć czekan. Ręce odpadają z zimna. Jesteśmy wpięci na linie z przewodnikiem. W sumie cztery osoby na linie. Na początku idzie się fatalnie. Lód jest bardzo twardy. Niestety coraz bardziej czuję wysokość. Początkowo robimy po 20 kroków i 10 głębokich wdechów. Coraz bardziej skracamy ten odcinek. Senna fatamorgana. Ostrożnie przestawiam stopę obutą w mój stary but i dozbrojoną wiekowym rakiem na następny pochyły lodowy stopień. Po kilku krokach zatrzymujemy się, by złapać oddech. Po około 1,5 godzinie idzie mi się lepiej, ale para wpięta ze mną schodzi na dół. Przepinają mnie do innej grupy. Duża odpowiedzialność, bo jeśli jedno z nas będzie chciało zejść, muszą zrobić to wszyscy.
Zmęczenie doskwiera mi coraz bardziej z każdą sekundą. Ciężko dysząc po raz kolejny zwisam na wbitym w lód czekanie i odpoczywam. Niby wszyscy wiemy, że kiedy tracimy siły, zamiast napierać na szczyt, powinniśmy zawrócić i zejść bezpiecznie w doliny. Bo góra poczeka, bo zdrowie i życie jest najważniejsze. Mimo tego nie podejmuję takiej decyzji.
Czerwone światło zalało jedną połowę ziemi. Słońce wschodziło dokładnie z przeciwnej strony wulkanu, kładąc stożkowy cień na pokrywę chmur poniżej nas. Znów zwisam na wbitym w lód czekanie i odpoczywam. Nagle budzi mnie szarpnięcie liny kolegi tracącego równowagę. Jest źle!!! Niedużo brakowało, a pociągnąłby nas za sobą. Teraz leży z głową w dół i nie jest w stanie się ruszyć. Przewodnik pomaga mu wrócić do pionu. Kiedy oddech się wyrównuje mobilizuję się do kilku następnych kroków, by za chwilę znów zawisnąć na czekanie. Kolejne dwie osoby schodzą w dół. Jest ostatnia szansa żeby zawrócić, bo więcej przewodników nie mamy. Ruszamy dalej bez zapasowego przewodnika i chyba bez szansy odwrotu. Wszyscy schodzący to młodzi sportowcy biegający maratony. Jak widać na wysokość nie ma mocnych. Trochę to zachwiało moją wiarą na wyjście, ale idę dalej.
Jeszcze 10 kroków, pięć, jeden!!! O Boże!!! Stoję na krawędzi krateru, który oszałamia wielkością. Pięćset metrów szerokości i trzysta metrów głębokości. Leją się łzy wzruszenia i radość z osiągnięcia celu. Nagle okazuje się, że do szczytu jeszcze 15 minut!!! Ostatecznie udało nam się w czwórkę jakoś tam dowlec. Posiedzieliśmy na górze i zaczęliśmy jakąś dziwną, letargiczną drogę w dół. Schodzenie po lodowcu pod tym kątem nachylenia było trudne. Teraz dopiero można było zobaczyć to czego nie widzieliśmy w nocy. Potężne skały jakby nożem powycinane, namioty skalne, koryto lodowcowe. Pięknie, ale wtedy nie potrafiłam się jeszcze z tego cieszyć.
Fragment z mojego pamiętnika z podróży 😉










